8
Styczeń 16, 2012 Autor NW24

Legendarne zespoły CETI i STOS zagrały w Sandomierzu (fotoreportaż oraz video HD)

Koncert zespołu CETI w ramach trasy "Ghost from the past world" odbył się w niedzielę 15 stycznia w sandomierskim klubie Lapidarium. Jako support zagrała kapela STOS, istniejąca od ponad 30. lat na polskim rynku heavy metalowym. Koncert zorganizowało Sandomierskie Centrum Kultury.

Sandomierz, Lapidarium. Klub z tradycjami, specyficzną atmosferą i klimatem. Mroźny, niedzielny wieczór. I dwie kapele - Stos - kapela z pokaźnym stażem, szerzej znana jednak nielicznym zainteresowanym (nazwę kapeli kojarzy wielu, ale jej dokonania już niekoniecznie), oraz CETI. Któż w Polsce, słuchający metalu, czy choćby rocka, nie zna Grzegorza Kupczyka? Człowieka - ikonę, kojarzonego przede wszystkim z dokonaniami w Turbo, Non Iron, miastem Poznań, charakterystycznym, rozpoznawalnym natychmiast, wspaniałym wokalem, charyzmatyczną osobowością, autorem świetnych tekstów?

Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że mimo upływu lat, Grzegorz jest w świetnej formie, a jego żywiołowość na scenie może udzielać się nawet najbardziej ospałym. Po raz kolejny mogliśmy się też przekonać, że muzyka z pogranicza heavy metal - hard rock świetnie sobie radzi, i przy wykonywaniu na żywo przez sprawnych muzyków i tak świetnego wokalistę jak Grzegorz ukazuje swą potęgę w całej okazałości. Ale po kolei...

DOBRY STARY HEAVY METAL

Koncert zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem - o 19:30 pojawili się na scenie członkowie kapeli Stos, i zaczęli swoje show. Jak to zwykle bywa w przypadku składów z długim stażem, i ta kapela jest wynikową "starego" Stos i "świeżej krwi". Jak to określił jeden z uczestników koncertu: "zagrali i zabrzmieli dziś jak na moich starych, zdartych winylowych płytach".

Zaprezentowany set obejmował zarówno te stare, dobrze znane publiczności utwory, jak i te nowsze. Wokalistka i perkusista ze starego składu byli tego wieczoru niewątpliwie najmocniejszymi punktami tej sztuki, bo reszta muzyków sprawiała wrażenie trochę "nieobecnych". Niezbyt dobrze to wygląda, gdy gra się dobry, stary rajcowny heavy, a na scenie praktycznie nic się nie dzieje. Muzycy stoją, jakby kij połknęli i sprawiają wrażenie, jakby stali tam za karę.

Dobrze, że chociaż bardzo sprawny technicznie, mocno i finezyjnie grający perkusista, oraz wokalistka robili co mogli. Jedno z wioseł było prawie nieczytelne, zarówno w riffach, jak i solówkach. Koncert chyba trochę za krótki - zaledwie kilka utworów. Szkoda, bo sama muzyka broniła się bez problemu - dobre, chwytliwe riffy, sprawnie zagrane, szybkie i melodyjne solówki, gitarowe "dialogi" w dwugłosach - jednym słowem, było wszystko to, co w starej szkole heavy/thrash pojawić się powinno.

W dziesięciostopniowej skali oceniłbym dzisiejszy występ Stos na mocne 3 - miło było sobie przypomnieć i odświeżyć ich materiał, brzmieniowo - było już trochę gorzej, a wizualnie od strony show - porażka, nie działo się na scenie praktycznie nic. Wszystko to było jakieś takie sztuczne, wymuszone, bez jaj, bez ikry, bez przekonania. Pamiętam jedno określenie, które pojawiło się w poczytnym swego czasu muzycznym piśmie "Rock'N'Roll" wydawanym na początku lat dziewięćdziesiątych. W recenzji ostatnio wydanej wtedy płyty Stos autor recenzji stwierdził: "ale może to lepiej, że grają, niżby wódkę mieli po bramach trąbić"...

CETI CZYLI PROFESJONALIZM

Później chwila przerwy - i występ CETI. Należy tutaj wspomnieć, że tego wieczoru frekwencja w Lapidarium nie powalała na kolana - wszystkiego raptem jakieś 70 osób, co jest słabym, jak na ten klub, wynikiem. Może odstraszała cena? - 20 zł za bilet może co niektórym wydawać się dużo, ale nie przesadzajmy - to dwie paczki fajek, lub cztery piwa. W każdym razie dało się zauważyć, że Grzegorzowi Kupczykowi wcale to nie przeszkadzało. Jego charyzma, osobowość i zachowanie na scenie z powodzeniem rozruszało również i tą naszą, niezbyt liczną dzisiejszego wieczoru, gromadę. Było bardzo, ale to bardzo sympatycznie - Grzegorz między utworami nawiązywał udany kontakt z publicznością, wspominał stare dzieje z okresu początków CETI i działalności w Turbo (ale nie przynudzał!), a wszystko to okraszone sporą dawką humoru. Grzegorz skakał, wywijał statywem od mikrofonu - widać było, że jest w swoim żywiole.

W pewnym momencie nawet przez to wydarzyła się mała awaria - z "łódki" zamocowanej na statywie którym Grzegorz wywijał, wypadł jego bezprzewodowy mikrofon i z pokaźnej wysokości grzmotnął o podłogę. Niestety, już nie zadziałał. Grzegorz dokończył feralny utwór posiłkując się mikrofonem od "chórków", stojąc z brzegu sceny w tylnej części, gdzie swoje stanowisko pracy miała Maria "Marihuana" Wietrzykowska, grająca również na klawiszach.

Bardzo sympatycznym pomysłem były przerwy pomiędzy utworami, gdzie część muzyków CETI schodziła ze sceny, a reszta wypełniała powstałą w ten sposób przerwę popuszczając wodze fantazji i prezentując swój techniczny kunszt. Po kilku zagranych utworach zaczął ten proces gitarzysta Bartek Sadura wraz z "Marihuaną" - dialog gitary z klawiszami wypadł bardzo ciekawie, a publiczność raz po raz nagradzała popisy Bartka gorącymi brawami. Po około pięciu minutach pojawiła się na scenie reszta składu, "show must go on", chciałoby się powiedzieć. I posypały się następne utwory, cały czas utrzymywane w klimatach tradycyjnego heavy i hard rocka.

Ciekawie zaaranżowane, z tekstami w ojczystym języku (to duży plus!), czasami wręcz brawurowo wykonywane (warsztat techniczny muzyków!), z częstymi zmianami tempa, okraszone wspaniałymi solówkami Bartka, oraz wokalem Grzegorza. I szybkie, i wolne, i smutne i wesołe - CETI to naprawdę rewelacyjna maszyna do występów na żywo. "Miłość, nienawiść, śmierć", utwór z płyty "Rasizm" - w którym Grzegorz zaśpiewał razem z publicznością, raz po raz nawiązując kontakt, i zapraszając do wspólnej zabawy nawet najbardziej opornych.

W jednym z utworów świetny dialog gitary z wokalem, w innym krótka prezentacja wszystkich muzyków CETI. I kolejna pauza między utworami, którą wypełniły brawurowe popisy perkusisty, Marcina "Mucka" Krystka, również nagradzane raz po raz gorącymi brawami. I znów powrót reszty składu na scenę, i kolejne utwory. I na koniec bis na prośbę publiczności. I szkoda, że to już koniec - tego wieczora CETI naprawdę pokazało klasę.

Zaprezentowało świetny, wysoki poziom, pełny profesjonalizm w podejściu do tematu, bardzo dobre, czytelne brzmienie - na wyróżnienie zasługiwało tutaj rewelacyjne brzmienie gitary basowej Bartka Urbaniaka. I co ważne - całe CETI udowodniło, że potrafi się świetnie bawić wykonując swoją muzykę, i że w zespole panuje bardzo dobra atmosfera.

Nie było tutaj nic na siłę, nie było "męczenia się", pozowania, pomyłek, nieporozumień - był za to profesjonalizm w każdym calu, pełne zaangażowanie, płynność, energia, wspaniały warsztat techniczny - wszystko, co sprawiło, że występ CETI tego wieczora w sandomierskim "Lapidarium" warto zapamiętać na długo.

tekst: MAŁY

video: Agnieszka Nycz

foto: Piotr Morawski